wtorek, 12 grudnia 2017

Jak krew z nosa...

Skarpetki Nr 18 ukończone!
Fakt ten muszę nagłośnić jako ogromny sukces, bo zdawało się, że ich nigdy nie skończę. Mimo, że tym razem robiłam skarpetki krótkie, takie tuż za kostkę.
Trafił mi się okres niemocy robótkowej, braku jakiegokolwiek zapału do dziergania i ogólnego zmęczenia. I tym sposobem te niewielkie skarpetki "robiłam" od 8 października do 27 listopada.


Udało się nie tylko skończyć, ale i opublikować (!) przed końcem roku - a to ważne, bo skarpetki robiłam w ramach wyzwania Całoroczny KAL Skarpetkowy polskiej grupy na Ravelry, czyli do końca roku MUSIAŁAM się zmieścić.


Skarpetki robiłam od palców, bez żadnego wzoru, na drutach 2 mm.
Zużyłam na nie resztki włóczek pozostałych po innych podobnych projektach, w sumie 42 gramy.

Notatki związane z tymi skarpetkami znalazły się na ostatniej stronie mojego robótkowego zeszytu - znajdują się w nim zapiski i notatki z wszystkich moich włóczkowych robótek od  kwietnia 2008 roku do listopada 2017 roku.


Nowy zeszyt czeka już od jakiegoś czasu, nawet już go tu pokazywałam, ale jeszcze przypomnę przy okazji notatek na pierwszej stronie.
To już niebawem, bo ochota do dziergania powróciła.

niedziela, 10 grudnia 2017

Dachowiec





 A kiedy już zejdzie z dachu, zawsze znajdzie sobie jakieś miejsce do drzemki.




piątek, 8 grudnia 2017

I po zębie!

W drodze na egzamin Krzysia z dżudo Emilii wypadł pierwszy mleczak.
Dolna jedynka ruszała się jej już od tygodnia, intrygując Emilię niesamowicie. Nie przypuszczałam jednak, że wypadnie tak szybko.


Emilia jadła właśnie jabłko i nagle zauważyła brak zęba. Obejrzeliśmy dokładnie jabłko, czy ząb nie został w miąższu, potem podłogę samochodu, ale zęba nie znaleźliśmy. Najprawdopodobniej wylądował w żołądku Emilii.

Emilia już wcześniej oświadczyła, że nie ma wróżek, więc nie było kłopotu z brakiem zęba pod poduszką dla Wróżki-Zębuszki. Emilia natychmiast oświadczyła, że życzy sobie by ją zabrać z tej okazji do McDonald's.

(Krzysiowi pierwszy mleczak wypadł w tym samym wieku, kiedy miał pięć i pół roku.)

wtorek, 5 grudnia 2017

Dżudo - pomarańczowy pas

Dzisiaj Krzyś zdawał egzamin z dżudo na pomarańczowy pas.


Sensei zawsze poważnie podchodzi do tych egzaminów, i choć nie dopuszcza do nich nikogo, jeśli nie ma pewności, że przystępujący wymagany materiał opanował bardzo dobrze, egzaminy te z pewnością nie są traktowane jak formalność.


Egzaminowani muszą zaprezentować każdą technikę, nie ma żadnej taryfy ulgowej a sam egzamin trwa 90 minut.


W czasie zwykłych zajęć z dżudo przeważnie gdzieś zabieram Emilię, żeby nie przeszkadzała innym bo jednak możliwości zajęcia dziecka czymś w dodżo są dość ograniczone. Jednak podczas egzaminów staram się być na miejscu, głównie po to, żeby Krzyś wiedział, że jestem tam z nim w tym ważnym momencie. Zrobiłam więc kilka zdjęć (i Krzyśkowi i Emilii) a resztę czasu spędziłam na zabawie z Emilią - w miejscu, z którego cały czas mogłam obserwować zmagania Krzysia i Sienny.

A na koniec - to, na co czekaliśmy od wielu tygodni, czyli pomarańczowy pas w dżudo.


Dumni Sienna i Krzyś, a także Sensei - nie mniej dumny ze swoich uczniów.

PS 
Następnego dnia Sensei przysłał mi taką wiadomość:

Christopher was very impressive last night. He is really getting strong. More importantly, he has a sharp mind for understanding why each part of the movements is important and tries to be very precise in his body placement. That is far more important than strength in judo, and not very common to see at his age. He should be feeling pretty proud of himself!

(Wczoraj Krzysztof był imponujący. Naprawdę robi się coraz silniejszy. 
Co ważniejsze, rozumie dlaczego każdy ruch jest ważny i stara się by ułożenie ciała było bardzo precyzyjne. To o wiele ważniejsze w dżudo niż siła fizyczna, 
i nieczęsto spotykane [u dzieci] w jego wieku. Powinien być z siebie dumny!)

sobota, 2 grudnia 2017

Indyki na spacerze

Pewnego listopadowego poranka, w drodze do pracy, oczekując na zielone światło, byłam świadkiem dość niecodziennej sceny.

Środkiem ulicy spacerowały sobie trzy indyki.
Pewna pani usiłowała zagonić je na chodnik, pewnie by nie skończyły pod kołami samochodu, ale indyki z maniakalnym uporem powracały na asfalt.

Zmieniło się światło, skręciłam w lewo - nie narażając na okaleczenie indyków.

Dosłownie dwa dni później wybrałam się po herbatkę z szałwii do sklepu zielarskiego. Zaparkowałam, wysiadłyśmy z Emilia z samochodu i - napatoczyłyśmy się na trzy indyki! Całkiem możliwe, że te same, co je widziałam dwa dni wcześniej o kilkanaście przecznic dalej.

Indyki spacerowały po parkingu, ale także usiłowały wedrzeć się do sklepu oraz klatki schodowej pobliskiego budynku mieszkalnego.


To taka nasza lokalna ciekawostka - niby wielkie miasto, prawie 160 tysięcy mieszkańców, a po centrum przechadzają się dzikie indyki. Dobrze, że nie były tak agresywne jak dzikie gęsi, przed którymi kiedyś uciekaliśmy nad rzeką!

środa, 29 listopada 2017

Koncert zimowy

Wczoraj odbył się koncert zimowy orkiestry szkolnej.
Koncert rozpoczął występ Jazz Bandu, potem grali szóstoklasiści, czyli First Band, potem siódmoklasiści a na koniec połączona grupa najbardziej zaawansowanych muzycznie uczniów klas siódmych i ósmych.

Większość uczniów Pierwszej Orkiestry (tej, w której gra Krzyś) dopiero pod koniec września podjęła naukę gry na pierwszym w życiu instrumencie, więc fakt, że po dwu i pół miesiącach są w stanie zagrać cokolwiek, wart jest zauważenia. A ja zachodzę w głowę jak pani prowadząca tę orkiestrę jest w stanie zapanować nad sześćdziesiątką gimnazjalistów z instrumentami dętymi!



Emilia była bardzo podekscytowana, ale w końcu znudziła się i dokazywała - nic nowego w tym temacie. Koncert trwał w sumie godzinę, musieliśmy dostarczyć Krzysia na pół godziny wcześniej, a że była to pora spania Emilii to w sumie nie dziwię się jej, że marudziła.

W niedzielę przed koncertem przyłapałam aparatem Krzysia na ostatnich próbach przed koncertem.

niedziela, 26 listopada 2017

Lekcje gry na pianinie

Emilia zapragnęła grać na pianinie. Chęć muzykowania zbiegła się z rozpoczęciem przez starszego brata nauki gry na flecie. Ponieważ mimo upływu czasu, ochota na pianino nie przeszła, rozejrzałam się za lekcjami i skombinowałam instrument. Na razie za nami lekcja testowa a keyboard mamy pożyczony - jak chwilowy entuzjazm nie zniknie to pomyślę o kupnie własnego instrumentu.

Od przyszłej środy zaczynamy regularną naukę - pół godziny raz w tygodniu to chyba w sam raz dla pięciolatki. Podręcznik już zakupiony a Emilia nie może doczekać się kolejnej lekcji - ciągle dopytuje ile jeszcze dni do środy.
Zanim dotarł do nas podręcznik, ćwiczyła piosenkę, którą pani zapisała jej na karteczce. Już pierwszego dnia nauczyła się jej na pamięć a potem ciągle pytała kiedy przyjdzie jej książka do muzyki. Dotarła wczoraj.


Mimo, że nie umiem grać na pianinie, musiałam zagłębić się w temacie, rozszyfrować o co biega i pokazać dziecku co i jak. Na początek zamiast nut są numerki - każdy przypisany jednemu paluszkowi a odpowiednia ilustracja objaśnia ustawienie palców na klawiaturze. Pierwsze "utwory" to ćwiczenia na wyrobienie sprawności paluszków. Emilia wprawdzie chciałaby grać już prawdziwe melodie, ale dość łatwo udało się ją wciągnąć w zabawę dźwiękami.

Oczywiście zaraz po tym jak pojawił się nowy instrument w domu, przykuł uwagę Krzyśka. Teraz oboje przepychają się, kto ma teraz grać.
Tyle lat namawiałam Krzysia, żeby podjął naukę gry na jakimś instrumencie i zawsze spotykałam się z odmową - teraz mu się odmieniło. Stanęło na tym, że Emilia będzie "uczyć" brata. Przy okazji układ taki zaspakaja potrzebę Emilii zabawy w nauczycielkę - zamiast uczyć matematyki pluszaki, daje lekcje muzyki starszemu bratu. (Jak na moje ucho to chwilowo uczeń przerasta mistrza w tym układzie.)

Długo nie trwało a dzieci wymyśliły, że skoro Emilia potrafi już zagrać pierwszy utwór (Old McDonald had a farm) to teraz mogą grać w duecie.


Przełożenie teorii w praktykę okazało się nieco bardziej skomplikowane, głównie z tego powodu, że w wykonaniu Emilii każdy dźwięk miał inną długość. Chwilowo próby gry w duecie zostały więc zawieszone, ale przepychanki przy klawiaturze trwają nadal.

czwartek, 23 listopada 2017

Kolorowy komin

Kilka lat temu zrobiłam sobie komin (KLIK) - używam go do dziś.
Ale pomyślałam, że przydałby mi się drugi, dla odmiany - kolorowy, ożywiający nieco ponurość czarnej kurtki.


Ponieważ poprzedni komin wydawał mi się zbyt mocno przylegający do głowy, ten zrobiłam nieco szerszy. I początkowo wydawało się, że wszystko jest w porządku - do pierwszej przejażdżki na rowerze do szkoły Emilii.
Zanim dotarłyśmy do szkoły już wiedziałam, że stary komin wcale, ale to wcale, nie przylega do głowy za bardzo, a ten nowy to może mi się przydać na spacery odbywane w bezwietrzne dni i do tego statecznym, dostojnym, powolnym krokiem.


Jako ozdobę założyłam do pracy licząc na to, że komuś się tak spodoba, że go przygarnie - i tak też się stało.

Komin rzeczywiście wyszedł fantastycznie kolorowy - czarną nitkę połączyłam z trzema czy czterema kolorowymi fantazyjnymi nitkami wyrabiając je do samego końca.


poniedziałek, 20 listopada 2017

Wszystko dobre, co się dobrze kończy!

W piątkowe popołudnie przyszli do Krzysia urodzinowi goście: trzej koledzy, ciocia Krysia oraz sąsiedzi (ci co zawsze pamiętają o moich dzieciach.)

Najpierw była pizza, potem tort z dwunastoma świeczkami.


W końcu nadszedł czas na otwarcie prezentów.


Ponieważ latem okazało się, że Krzyś bardzo lubi jeździć na wrotkach, dostał ode mnie na urodziny wrotki. Takie, które mają regulowany rozmiar, by posłużyły trochę. Krzyś bardzo się ucieszył, tak jak i z innych prezentów, ale niekwestionowanym przebojem i prezentem, który sprawił dziecku najwięcej radości był dron. (To prezent od mojego brata i bratowej.)


Poskładanie drona w działającą całość wymagało pomocy - nieoceniona okazała się obecność sąsiada, który ma wyjątkowy dar do wszelkich kabelków.

Wieczorem chłopcy mieli trening koszykówki, na który ich zawiozłam.
Dobrze się złożyło z tym treningiem, bo już ich za bardzo roznosiło z nadmiaru cukru i emocji. Po 90 minutach biegania nie mieli już siły na żadne szaleństwa.

Jeden z chłopców został u nas na noc, więc w sobotę, zaraz po śniadaniu, mimo zimna i mgły, chłopcy wyszli przed dom by przetestować prezenty.
Krzysiek jeździł na wrotkach, Emilia gnała za nim na hulajnodze a Sam najpierw na nogach, a kiedy Krzysiek nabrał już pewności (i prędkości) - na rowerze.


Kiedy nieco opadli z sił, a bateria drona naładowała się (nikt nie pomyślał o podłączeniu jej do ładowarki poprzedniego wieczoru) zaczęły się loty testowe. Zabawa, choć przednia, zakończyła się dość gwałtownie, kiedy to zabawka spadła - na oko na jedną z sześciu sąsiednich posesji, z dojściem z dwóch różnych ulic.


W sobotę rano tylko w dwóch domach ktoś był - ale okazało się, że zabawki należy szukać w pozostały ogródkach..

Ponieważ akurat skończył się nam tusz w drukarce, chłopcy ręcznie napisali do właścicieli posesji, wyjaśniając co zaszło, i prosząc o kontakt jeśli odnajdą drona. Emilia też postanowiła pomóc i napisała jedną kopię.

Humory dorównały pogodzie a ja zdążyłam już nawet sprawdzić czy jeszcze można kupić dokładnie taką samą zabawkę i za ile. Dronem, w chwili wypadku, sterował kolega Krzysia, więc nawet nie wypadało się złościć ani mnie ani Krzyśkowi, ale jeśliby się nie znalazł, to przecież nie ukarałabym Krzyśka za to, że był uprzejmy i pozwolił pobawić się zabawką koledze.

Chcąc nie chcąc, chłopcy wrócili do jazdy na rolkach i rowerze.
Kiedy wrócili z wycieczki do parku i zasiedliśmy do obiadu, zadzwonił telefon - jeden z sąsiadów odnalazł u siebie Krzyśkowego drona i zadzwonił by nas o tym poinformować. Radość z nadejścia roku dwutysięcznego nie dorównywała naszej radości po otrzymaniu tej wiadomości! Pognaliśmy natychmiast na sąsiednią ulicę i już po chwili bateria się ładowała a po godzinie zabawa na trawniku przed domem trwała znowu w najlepsze - zabawka nie doznała najmniejszego uszkodzenia - ku uldze i radości nas wszystkich.




piątek, 17 listopada 2017

12 lat

Dzisiaj Hultajstwo kończy 12 lat.


Jeszcze mocno zaspany ustawił się przy futrynie drzwi kuchennych by tradycji corocznego mierzenia stało się za dość.


W wieku dwunastu lat Krzyś mierzy 150 cm czyli jeszcze 15 cm i dorówna wzrostem mamie.

Do szkoły mój dwunastolatek poszedł w koszulce obwieszczającej ile lat dziecię sobie liczy.


Na więcej rano czasu nie było, świętować będziemy po szkole.

niedziela, 12 listopada 2017

Dialogi samochodowe

Jadę z dziećmi do znajomych.

Emilia : Mom, how many days till Christmas? (Mamo, ile dni do Bożego Narodzenia?)
Mama: Trzydzieści osiem.
Emilia: Jak jest cidzieści osiem po pangielsku?
Mama:  Thirty-eight.
Emilia: One, two, three, four, five, six, seven, eight, nine, ten, eleven, twelve, thirteen, fourteen, fifteen, sixteen, seventeen, eighteen, nineteen, twenty, twenty-one, twenty-two, twenty-three, twenty-four, twenty-five, twenty-six, twenty-seven, twenty-eight, twenty-nine, thirty, thirty-one, thirty-two, thirty-three, thirty-four, thirty-five, thirty-six, thirty-seven, thirty-eight, thirty-nine, forty, forty-one, forty-two, forty-three, forty-four, forty-five, forty-six, forty-seven, forty-eight, forty-nine, fifty, fifty-one, fifty-two,fifty-three,  fifty-four, fifty-five, fifty-six, fifty-seven, fifty-eight, fifty-nine, sixty, sixty-one, sixty-two, sixty-three, sixty-four, sixty-five, sixty-six, sixty-seven, sixty-eight, sixty-nine, seventy, seventy-one, seventy-two, seventy-three, seventy-four, seventy-five, seventy-six, seventy-seven, seventy-eight . . . Wait a minute! Mom, how many? (Chwileczkę, ile?)
Mama: Trzydzieści osiem.
Mama i Krzyś: Śmiech.
Mama: Myślałam, że liczysz ile dni do wiosny...

*          *          *

Trzy godziny później wracam z dziećmi od znajomych.

Emilia : Mom, how many days till Christmas? (Mamo, ile dni do Bożego Narodzenia?)
Mama: Trzydzieści osiem.
Emilia: Jak jest cidzieści osiem po pangielsku?
Mama:  Thirty-eight.
Emilia: One, two, three, four, five, six, seven, eight, nine, ten, eleven, twelve, thirteen, fourteen, fifteen, sixteen, seventeen, eighteen, nineteen, twenty, twenty-one, twenty-two, twenty-three, twenty-four, twenty-five, twenty-six, twenty-seven, twenty-eight, twenty-nine, thirty, thirty-one, thirty-two, thirty-three, thirty-four, thirty-five, thirty-six, thirty-seven . . .
Mama: Ciekawe do ilu tym razem dojdzie...
Mama i Krzyś: Śmiech.
Emilia:  Thirty-eight!
Wszyscy: Śmiech.

K U R T Y N A

czwartek, 9 listopada 2017

Niewdzięczna

Wygląda na to, że mamy nową lalkę, która sama układa się do snu w w wózku dla lalek:


bądź w łóżeczku dla lalek:


A tak na serio, to Kicia trzyma sztamę z Krzysiem - no przecież nie ma lepszych kumpli!


Szkoda tylko, że z taką obojętnością wzgardziła prezentem, na jaki szarpnął się dla niej mój syn.

Pewnego dnia Krzyś postanowił umilić Kici kocie życie i kupić jej specjalną wieżę, z półkami do spania, domkiem do chowania się a nawet z przyczepioną sztuczną myszką i liną do zabawy.
I kolumienkami do drapania.

Uparł się, że kupi to za swoje własne kieszonkowe, które nie jest wcale powalające. Zbierał kilka miesięcy kilka godzin wybierał model w Internecie i w końcu dokonaliśmy razem zakupu.

Przyznam, że od początku byłam nastawiona dość sceptycznie, ale syn się uparł, więc co było robić.

Zgodnie z moimi przewidywaniami Kicia większym zainteresowaniem obdarzyła karton, w którym przysłano samą zabawkę i w zasadzie tak pozostało do dziś, choć już minęło parę tygodni.


Nie pomogła nawet zmiana lokalizacji - miałam nadzieję, że może w pobliżu kominka i okna mebelek okaże się bardziej atrakcyjny w kocich oczach, więc przenieśliśmy ustrojstwo z pokoju Krzysia do salonu. Niestety, nie pomogło.


Udało nam się kilka razy umieścić Kicię na pólkach a ta, chyba z czystej uprzejmości, pozwoliła sobie zrobić zdjęcia - i na tym się skończyło.
Myszką pobawiła się raz, drapaka nie użyła ani razu.

Chcieliśmy ją wziąć podstępem, i układaliśmy na półkach kartki i kartony, bo Kicia uwielbia układać się na gazetach, wydrukach, książkach i każdego rodzaju papierze - nie dała się nabrać. Ot, niezależna niewdzięcznica!


poniedziałek, 6 listopada 2017

Ostatni mecz

Sezon piłkarski zakończony!

Na szczęście, bo zrobiło się zimno i często - niezbyt przyjemnie.
Kilka ostatnich meczy przyszło chłopcom rozgrywać w lodowatym deszczu, mgle a nawet podczas gradowej burzy. Chyba nikomu nie było żal, że z piłką nożną żegnamy się do wiosny.

Ostatni mecz, o trzecie miejsce w turnieju, rozgrywany był we mgle.


Na szczęście było widać koniec boiska co o tej porze roku u nas wcale nie jest regułą!

Poziom był bardzo wyrównany i mecz zakończył się remisem 4:4. Na dogrywkę czasu nie było, bo za chwilę, na tym samym boisku, miał się rozpocząć kolejny mecz, o zwycięstwie zadecydowały więc rzuty karne. Niestety, przegrane dla drużyny Krzysia 2:3.

Chłopcy z trudem powstrzymywali łzy, rodzice też mieli skwaszone miny. Trudno, i tak bywa.

Pod sam koniec meczu wyjrzało jednak słonko i osuszyło mgłę - i łzy.

W czasie meczu Emilia jeździła na rowerku a ja chodziłam wokół boiska - przynajmniej nie zmarzłyśmy. A kiedy już Emilii znudziło się pedałowanie, wyłożyła się na bieżni i bawiła.


Po przerwie na piłkę nożną, Krzyś wrócił do karate i dżudo. Okazało się, że wyrósł ze starego gi i trzeba było kupić nowe. To spory wydatek, ale powinno posłużyć przez kilka lat - poprzednie kupiłam na początku przygody z karate,
4 i pół roku temu.

Krzyś wyraził także życzenie by spróbować koszykówki.
Pomyślałam, "Czemu nie?" - i zapisałam go, tym bardziej, że udało mi się dostać ze szkoły wałczer i nie musiałam nic płacić.
(Normalnie kosztuje to $125.)
Zapewne pojawi się tutaj relacja - za jakiś czas.

piątek, 3 listopada 2017

Kiecka czarownicy

Coś mnie naszło i postanowiłam przygotować sobie przebranie na Halloween. Chyba spodobało mi się jak w zeszłym roku w pracy sporo osób poprzebierało się i zapanowała na jeden dzień taka beztroska atmosfera dziecięcej zabawy.

Kapelusz czarownicy mam od lat, miotłę pożyczyłam sobie od Emilii - brakowało mi jedynie jakiejś spódnicy.

Poszperałam wśród najróżniejszych skarbów zgromadzonych w pudłach i pudełkach i wymyśliłam.

Spódnica powstała z reszty starej zasłony, jeszcze po poprzednich właścicielach domu. Jest krótka, bo tylko na taką wystarczyło materiału. Dołem ma falbanki, przy czym ta biała jest lekko fosforyzująca, więc jak znalazł na nocne przechadzki.


Specjalnie użyłam jasnego materiału, żeby ładnie było widać ponaszywane pajączki, sieci pajęcze i tematyczne guziki. (Z takich samych guzików zrobiłam też naszyjnik do kompletu.)


Pół niedzieli zeszło mi na szyciu i naszywaniu, ale pogoda akurat była nieciekawa i nigdzie się nie wybieraliśmy. Emilia "pomagała" mi, więc się nie nudziła. (Szpileczki zawsze okazują się najciekawszą zabawką!) Kiedy już spódnica była gotowa, córeczka chciała ją przechwycić dla siebie, ale nic z tego - ona ma swoją sukienkę czarownicy!

31 października poleciałam do pracy ubrana stosownie do okazji:


Oczywiście okazało się, że w tym roku, tylko ja się przebrałam - a reszcie było szkoda.

Wieczorem, jak co roku, przeszliśmy się z dziećmi po najbliższej okolicy by cukierkowej tradycji stało się za dość. Spódnica powędrowała do szafy - przyda się za rok.

wtorek, 31 października 2017

Pierwszy przymrozek


O ile nie pada deszcz, jeździmy z Emilią do szkoły na rowerach. Pogoda była do tej pory dosyć łaskawa, i tylko kilka razy lało tak bardzo, że musiałyśmy jechać samochodem.


Droga do szkoły na nogach dłuży się Emilii straszliwie (choć to tylko 10 minut!) podczas gdy na rowerku śmiga jak torpeda.


Poranki bywają mgliste - czasem nie widać nawet wylotu ulicy!

mglisty poranek

Za to po szkole jest tak słonecznie i ciepło, że sweterki, kurtki, czapki i rękawiczki lądują w plecaku.

słoneczne popołudnie

Pewnego dnia zabrałam ze sobą aparat by uwiecznić kolory, jakimi jesień wymalowała drzewa na naszej ulicy.


Zdjęcia robiłam jadąc na rowerze, ale udało mi się nie spaść, co nie zawsze udaje się Emilii - potrafi stracić równowagę na prostej drodze i spaść z roweru. Zwłaszcza, kiedy wydaje się jej, że jazdę na rowerze opanowała w stopniu mistrzowskim.


Cieszę się, że nie zrażają jej te upadki ani nie zmniejszają jej entuzjazmu - Emilia uwielbia jeździć na rowerze! A ja uwielbiam jesień!


A dzisiejszy poranek przywitał nas pierwszym, w tym sezonie, przymrozkiem. Ale i tak pojechałyśmy do szkoły na rowerach!

sobota, 28 października 2017

Boo Barn 2017

W piątek przed Halloween nasz lokalny oddział ośrodka kultury organizuje co roku imprezę okolicznościową. Ponieważ ośrodek mieści się w starej stodole rodziny Petersen (Petersen Barn), impreza nazywa się Boo Barn - nawiedzona stodoła.

Pierwszy raz wybrałam się z dziećmi w zeszłym roku (KLIK), a ponieważ bardzo nam się podobało, w tym roku wybraliśmy się także. W stosownych strojach:


Kolejka do stodoły była długa, najpierw zaliczyliśmy więc wszystkie zabawy na zewnątrz, a było tego sporo. Tak jak i przybyłych - ktoś musiał wspomnieć o imprezie w mediach, bo ludzi przybyło chyba z pięć razy tyle co w zeszłym roku.


Pogoda dopisała - było tak ciepło, że nie potrzebne były kurtki i można było podziwiać wszystkie przebrania. Wśród tłumu uczestników dzieci spotkały parę koleżanek i kolegów.


Spotkaliśmy także jednego z organizatorów imprezy rowerowej, na której byliśmy 2 tygodnie wcześniej. (KLIK) Przebrany na Nemo zabawiał uczestników zagadkami związanymi tematycznie z imprezą. (Co ciekawe, to pan nas pierwszy poznał. Widać, przebranie aż tak bardzo nas nie zmieniło.)

Ponieważ kolejka do stodoły wcale nie malała,a  wręcz przeciwnie, rosła i rosła, ustawiłam się na końcu ogonka, a dzieci same pozaliczały jeszcze trochę atrakcji.

Nareszcie i my dostaliśmy się do środka. Raptem kilkanaście stopni pozwoliło nam opuścić przyjazną Ziemię i przenieść się w przestrzeń kosmiczną pełną straszliwych Obcych.


Jeden z kosmitów zaniemógł i trzeba go było operować. Ochotnicy wyszukiwali odpowiednie pojemniki z organami koniecznymi do uratowania przybysza z obcych światów.


Nie wiem czy będą kolejne wpisy  na tym blogu, ponieważ w stodole zagnieździli się Obcy...


Możliwe, że czary Emilii wystarczą, możliwe, że będzie musiała przybyć nam na ratunek Ripley. A jak nie zdąży?


Nie obyło się bez bardziej przyziemnych staroświeckich strachów.




Było fajnie i bawiliśmy się wyśmienicie. O wiele bardziej odpowiada mi taka zabawa niż chodzenie po domach i żebranie o cukierki.